Pismo Związku Polaków na Łotwie

W tym numerze:
Nr 4 (86) 2008

Licznik odwiedzin

PRASA POLSKA O NAS

ESZEK BAJ

Upadek bałtyckiego tygrysa

To nie będą wesołe święta na Łotwie. Wskutek kryzysu gospodarczego tysiące ludzi w przyszłym roku straci pracę. MFW i UE lada moment pożyczą Łotwie nawet 5 mld euro.

Po latach prosperity, gdy nazywana była jednym z bałtyckich tygrysów, Łotwę czeka trudny okres. Na razie na ulicach Rygi przynajmniej na pierwszy rzut oka wszystko wygląda normalnie. Ale wszyscy doskonale wiedzą, że to cisza przed burzą. – Jeszcze półtora roku temu w towarzystwie często mówiło się o tym, kto, gdzie i za ile kupił nieruchomość i ile na tym zarobił. Teraz dominuje raczej: czy tobie też już obcięli pensję i czy w ogóle jeszcze pracujesz? – mówi "Gazecie" Alf Vanags, dyrektor łotewskiego think-tanku Baltic International Centre for Economic Policy Studies (BICEPS).

W III kw. tego roku łotewska gospodarka skurczyła się o 4,5 proc. W przyszłym roku według rządu gospodarka skurczy się o całe 5 proc., ale są i tacy, którzy mówią o głębszej recesji. Bezrobocie może przekroczyć 10-11 proc., a dziś jest niewiele wyższe niż 6 proc. To oznacza, że około 40-50 tys. osób straci pracę. Sporo jak na kraj liczący 2,3 mln ludzi. – Nie spodziewamy się poprawy sytuacji przed końcem 2010 r. – mówi "Gazecie" Uldis Rutkaste, doradca prezesa łotewskiego banku centralnego.

By ratować upadającą gospodarkę, do akcji wkracza Międzynarodowy Fundusz Walutowy, który wspólnie z Unią Europejską oraz najpewniej Szwecją wesprze upadającą łotewską gospodarkę. – Jeśli Łotwa nie dostałaby pomocy, moglibyśmy nie być w stanie wypłacać pensji i emerytur. Krajowi groziłaby niewypłacalność – mówił łotewski minister finansów Atis Slakteris w parlamencie.

Nie ma kredytów, nie ma wzrostu

Łotewska gospodarka przez dobre kilka lat rozwijała się w tempie przekraczającym 10 proc. Napędzała ją konsumpcja pompowana przez walutowe kredyty udzielane głównie przez skandynawskie banki. – W czasach boomu wartość kredytów rosła w tempie nawet 60 proc. rocznie, kredyty hipoteczne przyrastały o 100 proc. rocznie – mówi Uldis Rutkaste. Ceny nieruchomości wywindowano do niebotycznych poziomów.

Ale już w 2007 r. spekulacyjna bańka pękła. Szwedzkie czy fińskie banki przestraszyły się, że rosnąca nierównowaga gospodarcza (inflacja oraz wysoki deficyt na rachunku obrotów bieżących) mogą być zagrożeniem dla ich inwestycji. Przestały więc szastać pieniędzmi na kredyty. Pech chciał, że zbiegło się to ze światowym kryzysem finansowym. W rezultacie zamarła cała aktywność Łotyszy, która wcześniej była finansowana z kredytu.

– W ciągu ostatnich dwóch lat liczba zawieranych umów sprzedaży nieruchomości spadła nawet o 75 proc. Wiele mniejszych biur pośrednictwa poszło z torbami. Ceny nieruchomości w centrum Rygi spadły w ciągu dwóch lat o 30 proc., na przedmieściach nawet o 50 proc. – opowiada Alexander Sviridov z agencji nieruchomości Oberhaus w Rydze. – Teraz 50 proc. sprzedawanych przez nas mieszkań luksusowych kupują Rosjanie polujący na okazję.

Z raportu firmy konsultingowej KnightFrank wynika, że na Łotwie ceny nieruchomości w II kw. spadły o ponad 24 proc. – najbardziej spośród 43 uwzględnionych w rankingu krajów.

Ale depresję widać nie tylko na rynku mieszkaniowym – w tym roku sprzedaż samochodów spadła o 35 proc. Dilerzy oferują więc zniżki (np. Lexus nawet o 15 proc.), by sprzedać to, co mają. Na parkingach na przedmieściach miast stoją setki używanych aut sprowadzonych z Niemiec. Na próżno czekają na nowego właściciela, nikt ich nie chce kupować. Po Rydze nie jeździ już tyle co kiedyś lexusów, mercedesów czy porsche, bo część pozajmowały banki.

Sprzedawcy w centrum handlowym na starówce w Rydze muszą się teraz mocniej starać, by klienci zechcieli coś kupić. Według danych urzędu statystycznego już w październiku sprzedaz detaliczna spadła o ponad 14 proc. w skali roku. – Sklepy przyzwyczaiły się, że kupowaliśmy wszystko jak leci. Teraz muszą bardziej walczyć o nasze pieniądze – mówi spotkany w centrum handlowym Juris. Wszyscy prześcigają się więc w przecenach, i to w najgorętszym czasie zakupowym tuż przed świętami, gdy klienci normalnie walą drzwiami i oknami.

Teraz garnitury w Montonie można kupić z 30-proc. zniżką, buty w Bacie nawet za połowę ceny, sklep Adidasa oferuje zniżki nawet 80 proc. Ale kupujących i tak jest niewielu. W małym biurze podróży Viestur Darzs na razie tragedii nie ma. – Na razie ludzie jeszcze chętnie latają do Egiptu czy na Teneryfę. Tylko zamiast pięciogwiazdkowych hoteli wybierają trzygwiazdkowe – mówi Alex, pracownik biura.

Łotyszy czeka zaciskanie pasa

Ekonomiści zgodnie twierdzą, że zwolnienia zaczną się od sektora bankowego i nieruchomości. To może pociągnąć za sobą falę problemów ze spłatą zaciągniętych wcześniej kredytów. Jeden bank – Parex – już popadł w tarapaty i został przejęty przez państwo. Jego dawny właściciel twierdził, że to wina Szwedów, którzy podnieśli gwarancje dla swoich banków, co wywołało falę odpływu klientów od Pareksu do szwedzkich banków. Teraz to łotewski rząd odpowiada za spłatę jego długów zapadalnych w przyszłym roku, które przekraczają 700 mln euro.

Tymczasem rząd musi ciąć wydatki. – Robił nierozważnie, utrzymując deficyt w czasie boomu gospodarczego – mówi Alf Vanags. Niedawno sam minister finansów przyznał, że bez cięć deficyt budżetowy mógłby sięgnąć nawet 10 proc. PKB. MFW wymaga ostrego zaciśnięcia pasa. Łotwa ograniczy więc wydatki w 2009 r. o 700 mln łatów (miliard euro), dodatkowo zwiększy dochody o 300 mln łatów (około 430 mln euro) przez podwyżkę podatków. Wszystko po to, by deficyt nie przekroczył 5 proc. PKB. Do góry więc pójdą stawki VAT – wyższa wzrośnie z 18 do 21 proc., niższa z 5 do 10 proc. Rząd chce jednak obniżyć podatek dochodowy z 25 do 23 proc.

Łotysze będą musieli zrezygnować z rozrzutnego życia. Pracownicy sektora publicznego na Łotwie mogli liczyć w poprzednich latach nawet na 30-40 – proc. wzrost zarobków. – Teraz czekają ich obniżki pensji, bo rząd zrezygnował z wypłaty bonusów, które sięgały nawet 30 proc. rocznego wynagrodzenia – mówi Vanags. W ramach oszczędności rząd zabronił nawet urzędnikom wysyłania pocztą za państwowe pieniądze kartek świątecznych.

"Gazeta Wyborcza", 09.12.2008