Pismo Związku Polaków na Łotwie

W tym numerze:
Nr 4 (86) 2008

Licznik odwiedzin

JÓZEF PLESS

O Wojtku Siemionie

(ciąg dalszy)

RETROSPEKCJA

Wojciech Siemion urodził się 30 lipca 1928 we wsi Krzczonów koło Lublina w rodzinie wiejskiego nauczyciela. W jego rodzinnym domu podtrzymywane były tradycje niepodległościowe. Pradziadek, według legendy rodzinnej, należał do konspiracyjnego "Związku Chłopskiego" (1842-1844) księdza Piotra Ściegiennego, którego celem miało być zorganizowanie powstania. Zginął potem w Powstaniu Styczniowym. Dziadek Antoni był natomiast tak zbity nahajkami przez kozaków, że: plecy miał takie, jak tarka do prania. Ojciec Siemiona, Mikołaj, członek PPS – Frakcja rewolucyjna, uczestnik zamachu na policmajstra lubelskiego, musiał uciekać i w 1908 roku wyjechał do Stanów Zjednoczonych. Tam pracował w znanej chicagowskiej rzeźni (utrwalonej w prozie Uptona Sinclaira). Należał do organizacji polonijnej "Polish Falcon". Gdy wybuchła I wojna światowa powrócił do kraju. Walczył w I Brygadzie Legionów Józefa Piłsudskiego. Ranny w walkach nad Nidą, po powrocie ze szpitala zajął się organizowaniem struktur Polskiej Organizacji Wojskowej (POW). na okręg puławski. W 1918 roku, jako działacz chłopski, był delegatem na pierwszy Sejmik Lubelski. Po klęsce wrześniowej, w 1939 roku założył na wsi podziemną organizację. W marcu 1940 roku został aresztowany przez gestapo i wywieziony do obozu zagłady w Auschwitz, gdzie rozstrzelano go.

"Skąpani w ogniu". Reżyser Jerzy Passendorfer, 1963.

Rodzice, a szczególnie matka, wpajali w siedmiu synów, że ziemia jest podstawą życia, bo rzeczywiście w tamtych czasach wszystko, co dotyczyło ziemi, było święte. Jednak żyło się nie tylko codzienną krzątaniną wokół gospodarstwa. Od wczesnego dzieciństwa małego Wojtka inspirowała biblioteka ojca. Wojciech Siemion twierdzi, że kiedyś na wsi rzeczywiście było więcej pracy, ale też i dużo radości. Godzinami mógłby opowiadać o wiejskich zabawach, weselach, chłopskim teatrze, obrzędach, zwyczajach. W domu najważniejsza była kuchnia i wszystko co się w niej odbywało. W kuchni po prostu się żyło.

Artyście dom kojarzy się z nieodłącznym zapachem chleba: dziś chleb jest tylko dodatkiem, a kiedyś był najważniejszy. Był podstawową potrawą. Kiedyś chleb szanowano, bo był bliżej człowieka. Na wsi jadło się chleb razowy. Zanim pojawił się na stole, należało zasiać ziarno, potem zżąć żyto. Jako dziecko moją służbę rozpocząłem od robienia powróseł, potem już podbierałem, wreszcie kosiłem. Wiedziałem, co to lęk, że snopki na polu zamokną... A potem, przy wspólnym stole, nawet suchy chleb czy kartofle okraszone skwarkami inaczej smakowały. U nas do stołu musieli zasiąść wszyscy domownicy: ojciec, matka, dziadkowie ze strony matki i siedmiu synów. Dwóch z nich zginęło od kul niemieckich, trzeci – już po wojnie – utracił życie podczas służby w milicji. Pamiętam też podpłomyki. One mi się śnią po nocach. Aby skrócić mękę czekania na chleb, matka piekła podpłomyki. Jakiż one miały smak... i barszcz z kartoflami, który królował na wiejskim stole. Masło robiliśmy sami w masielnicy zwanej kierdzonką. Matka wstawiała ją do kubła z zimną wodą i po jakimś czasie krzyczała: "Leć który po chrzanowe liście!" Masło wykładało się na te liście. maślanka to był następny przysmak. Znajdowaliśmy w niej duże grudki masła. Jeżeli chodzi o jajecznicę, u nas jedliśmy ją nie tak często. Ledwie mama uzbierała parę jaj, wołała: "Wojtek, masz tu cztery jajka, leć do Szmula i kup sól i naftę!". Tak się kończyła nasza jajecznica.

Dla małego Wojtka najszczęśliwsze były święta. Pamięta strojenie choinki, przygotowywanie ozdób z kolorowego papieru, karpia po żydowsku, śledzie firmy Goździeklewiczów, barszcz w uszkami, kaszę gryczaną w sosie grzybowym i kapustę postną. No i oczywiście uroczyste śpiewanie kolęd. A wieczorami od chałupy do chałupy wędrował teatr lub kolędnicy.

Świąt Wielkanocnych On i jego bracia nie mogli się doczekać. Oj, jak strasznie byli wyposzczeni! Post to był post, szczególnie w Wielkim tygodniu. Zapamiętał, że szynka przy kości była najsmaczniejsza, pamięta też pyszne ciasta, a przede wszystkim parzone baby.

W Krzczonowie nadal robi się taką samą kiełbasę, którą aktor pamięta z dzieciństwa. Zupełnie niedawno szkolni koledzy przysłali zaproszenie: Przyjedź Wojtuś, jest po świniobiciu, jest kiełbasa. Oczywiście pojechał...

Na piętnastolecie "Starej Prochowni" również przyjechali swojacy zza miedzy. Szefowa delegacji z Krzczonowa wręczyła mu pęto kiełbasy i powiedziała: – Zjedz ją, Wojtuś. Tę kiełbasę robił twój sąsiad Władek Bil. Swojej rodzinnej miejscowości zawdzięcza życie, a jest to specyficzny śpiew, muzyka, i krajobraz, które ukształtowały mnie na zawsze. Smak jabłka, smak wody, spacery, kąpiele, wędrówka po miedzy i lesie... Rzeczy wesołe i tragiczne, które rozgrywały się na mojej rodzinnej ziemi, a styl przekazu aktorskiego nazywam "stylem krzczonowskim".

Pierwszy publiczny występ miał miejsce w teatrze, który należałoby nazwać rodzinnym. Jako bardzo młody człowiek odgrywał sztukę napisaną przez starszego brata Leszka. Scena była w stodole. Jako Duch Wojny miałem pożegnać swojego młodszego brata, który, przebrany w legionowy mundur ojca, grał legionistę. Miałem powiedzieć: "Niech cię pobłogosławi Pallas Atena", ale te słowa były dla mnie trudne i niezrozumiałe, więc powiedziałem śpiącemu legunowi: "Niech cię pobłogosławi Allah patelnią".

Od najmłodszych lat recytował poezję występując w wiejskim teatrzyku w remizie strażackiej i do dziś uważa, że była to piękna sprawa. Teatr amatorski łączył wiejską społeczność – widzów i aktorów. W tym samym czasie pracował jako chłopiec sklepowy (pocieszał się wtedy, że w ten sposób zaczynał też Wokulski). Później uczęszczał do Studia Dramatycznego Karola Borowskiego.

W jednym z wywiadów zwierza się: Nigdy nie sądziłem, że zostanę aktorem. Najpierw marzyłem o astronomii, poznałem wszystkie gwiazdy i galaktyki. Później było tylko prawo i marzenie o todze adwokackiej. Po trzecim roku prawa zetknąłem się z poezją Różewicza. Rzuciłem wówczas studia prawnicze i wstąpiłem na pierwszy rok Wyższej Szkoły Teatralnej w Warszawie, gdzie rektorem był prof. Aleksander Zelwerowicz. "Zelwer" przyjął mnie z ochotą: Siemion, ty z lubelskiego, chodź bracie, będzie nas dwóch krajan. I tak zostałem aktorem.

Na pierwszym roku był krótko. Po dwóch tygodniach nauki, w czasie których "Dziad" (przezwisko prof. Zelwerowicza) pilnie obserwował młodego studenta Siemiona i przeniósł go na drugi rok, by po następnych trzech tygodniach przenieść go na trzeci rok studiów i tak po roku był już na tyle dojrzałym aktorem by złożyć egzamin eksternistycznie. Jego rocznik aktorski to Duda Lorentowicz, Ludka Łączyńska, Zdzisław Tobiasz i Marian Łącz, nie tylko aktor, ale też świetny niegdyś piłkarz.

W 1949 roku, gdy był jeszcze w szkole teatralnej, występował w ulubionej sztuce Zelwerowicza – "Nadziei" Heijermansa. Jednak jego pierwszą sceną jako 19-letniego adepta sztuki teatralnej, już ze stałą miesięczną gażą, był Teatr im. Bogusławskiego w Kaliszu. Zagrał tu górala Madrygała w sztuce Wojciecha Bogusławskiego "Krakowiacy i Górale" (premiera 14 XII 1946 roku). Wchodziliśmy od tej strony gdzie widniał napis "Karczma" krokiem lekko podchmielonym, ja zaraz za Bryndasem, zyskałem sobie wówczas przydomek "grubego górala". Bo też moje 165 wzrostu przykryte kapeluszem przypominały bardziej grzybka – borowika z lasów lubelskich – niż smukłego mieszkańca gór. Wcale się wtedy nie wybierałem na studia teatralne. Raczej na astronomię. Los jednak zmusił mnie, żebym zajął się pracą na serio. I oto znalazłem się w Lublinie, gdzie w 1949 roku zostałem urzędnikiem Izby Skarbowej. Pracując podjąłem studia prawnicze. Ale jednocześnie znów zacząłem zwąchiwać się z teatrem. Niewątpliwie zawsze najwyżej ceni sobie teatr staropolski.

W warszawie związany był ze Studenckim Teatrem Satyryków, gdzie zagrał nawet rolę proboszcza w sztuce Andrzeja Jareckiego "Kazania" (1963), opartej na tekstach autentycznych kazań pewnego księdza z prowincjonalnego miasteczka, w reżyserii Jerzego Markuszewskiego. Wspólnie z zespołem przygotował inscenizację fragmentów kronik sądowych pt. "Oskarżeni" (1961). Wyboru tekstów dokonali Agnieszka Osiecka i Andrzej Jarecki, muzykę skomponował Jarosław Abramow-Newerly. Mówił: ...współpraca z tym teatrem sprawia mi zawsze przyjemność. Występuję tu jako amator, czyli miłośnik teatru, a to mi pozwala przeprowadzić eksperymenty zarówno formalne jak i treściowe.

Już we wczesnych latach pięćdziesiątych patron poezji polskiej Wojciech Siemion organizował na Rynku Starego Miasta w Warszawie spotkania z bardzo młodymi poetami. Gościli tam m.in. Stanisław Grochowiak, Zbigniew Herbert. Dzięki inicjatywie Wojciecha Siemiona i Jego autentycznej miłości do poezji poeci wspólnie ze słuchaczami, których nigdy nie brakowało, przeżywali w ruinach powojennej stolicy swoistą ucztę duchową, często wspominaną w "Literaturze Polskiej" i na Salonach Poetyckich.

Szybko zyskał sobie sympatię widzów i uznanie krytyki. Okrzyknięto go znakomitym wykonawcą ról teatralnych i filmowych, wszechstronnym aktorem, genialnym wręcz recytatorem poezji. Stworzył niezliczoną ilość niezapomnianych kreacji.

Występował w teatrach warszawskich: Ateneum (1951-1954), Teatrze Młodej Warszawy (1955-1957), Komedii, Dramatycznym, Powszechnym, Ludowym, Nowym, Narodowym (1962-1983). Jak powiada, pewnie zostałby na prowincji, gdyby nie film, do którego ma osobisty sentyment, szczególnie do takich ról, jak porucznika Marianka w "Eroice" (1957), taboryty w "Świadectwie urodzenia" (1961), Dusia w "Czarnych skrzydłach" (1962), czy wreszcie popularnego kaprala w "Skąpanych w ogniu" (1963). Stworzył wybitne kreacje w "Zezowatym szczęściu" (1960), "Wojnie domowej" (1965), "Czterech pancernych" (1966), w "poszukiwanym, poszukiwanej" (1972), "Ziemi obiecanej" (1974) czy w "Alternatywy 4" (1983). Prawdziwym mistrzem reżyserii był dla niego Andrzej Munk, który ukazał mu sztukę filmu, a także Jerzy Passendorfer. To właśnie w filmach tego reżysera mógł grać żołnierza nie – bohatera, człowieka zwyczajnego, który, oderwany od swoich codziennych obowiązków, myśli tylko aby jak najszybciej zrzucić mundur. Ponadto grając u Passendorfera zyskał największą popularność w filmie, a ściślej w rolach wojennych. We wszystkich granych przez siebie postaciach stara się być spontaniczny, refleksyjny i prawdziwy.

Dzięki filmowi wrócił do Warszawy i "odnalazł siebie", choć nigdy nie porzucił swojej ulubionej tak zwanej kultury ludowej: ...zawdzięczam jej wszystko. Jeżeli chce się znaleźć wodę, trzeba iść w górę rzeki, aż dojdzie się do źródła. Tam ona jest najczystsza – mówi Wojciech Siemion – jedna z najbardziej znanych i popularnych osobistości w świecie polskiego teatru i filmu.

Jest człowiekiem ogromnie zajętym. W jego kalendarzu praktycznie trudno znaleźć wolny czas. Od zawsze uczestniczy w imprezach, na które trzeba dojechać na drugi kraniec Polski, tam trzeba zagrać, porozmawiać z publicznością, pozować do wspólnych fotogtafii i wracać po nocy do domu. Tak od wielu dziesięcioleci wygląda dzień mistrza. Kiedy wię odpoczywa, spotyka się z rodziną, przyjaciółmi i wreszcie uczy się ról? Wydaje się, że pojęcia "odpoczynek" nie jest w stanie zrozumieć: ...przecież to męczy. On również, jak każdy inny człowiek, dzieli dobę na trzy ósemki. Tyle, że tę trzecią, w zasadzie przeznaczona na życie osobiste, poświęca zwykle na osobisty teatr. Wystarczy, że będzie gościł u siebie we dworze choćby jedną osobę, to już dla niej będzie recytował, prezentował eksponaty, oprowadzał po parku, pokazywał skansen, konie, a wszystkiemu będą towarzyszyły przemiłe psy, a więc można powiedzieć, że przyjaciele mają teatr Siemiona na własny użytek. Jednocześnie wstęp do tego teatru otwarty jest jak najszerzej dla wszystkich chętnych. Czasem znajdzie na widowni dzieci szkolne, czasem przypadkowych robotników, czasem na wernisażu warszawski "high life", ale najczęściej ludzi kochających poezję. Jest ich naprawdę wystarczająco dużo, aby zapełnić wcale niemałe sale w Warszawie czy na tzw. prowincji, np. w Grudziądzu. W tym teatrze "zarabia się" wszystko, poza pieniędzmi: miłość jednych, zawiść drugich. U naszego Wojtka Siemiona tak było od zawsze. Nawet wtedy, gdy na jego nazwisko nikt nie reagował, a repertuar wymyślano w urzędzie. On tworzył teatr na własny i przyjaciół użytek. I nie liczył się czas i też miejsce nie było brane pod uwagę, czy nawet sława: ...ważna była radość, poezja, jej duch.

W pewnej warszawskiej restauracji teatr Siemiona się tylko ujawnił, a nie narodził, jak głosi anegdota. Z grupą przyjaciół, późną porą, po spektaklu w Teatrze Narodowym, wybrał się na kolację. Gdy dotarli, w restauracji wrzało, orkiestra grała na pełnych obrotach, na parkiecie panował tumult. Siemion nic nie zjadł, bo był zmęczony otoczeniem. Nie palił, bo nie umie, nie pił, bo nie znosi, ale trwał i dla przyjaciół miał stale w pogotowiu uśmiech nr 5 (kompletna beztroska)., dla zebranych biesiadników – wrodzoną pobłażliwość. Muzykanci poszli na przerwę. Wreszcie – zapewne z nudów – zaczął sobie pod nosem, najzupełniej prywatnie, przepowiadać rolę: donoszę panie naczelniku, że w naszym mieście jest pięć wdów po generałach armii carskiej, i że się to zaczęło znów. Stolik przyjaciół uprzejmie zamilkł, więc i Wojtek Siemion uprzejmie podniósł głos: czyli, że ...jak w poprzednim liście donieść miał zaszczyt Gwóźdź, mój zięć. Teraz zamilkli już i sąsiedzi. Siemion naprawdę najlepiej na świecie recytuje Gałczyńskiego. Musiał jednak zapalić się, bo zabłysły mu oczy: ...ledwie na niebie księżyc błyśnie gra w pięciu domach gitar pięć. Ktoś zgasił w rogu światło, ktoś drugie. Więc Siemion wstał i przesunął się pod najbliższą lampkę i zaczął grać, jak na prawdziwej scenie: ...gitary są własnością mężczyzn, których nazwiska będę znał, i spać nie możem tak się męczym, bo słychać wciąż. Teraz zrobiło się już zupełnie cicho, zamilkł bełkot, wygasły chichoty i na koniec dostał owacje na stojąco. Sztuka jest dla Niego żywotem nie do powstrzymania.

To nie znaczy, że nie lubi typowego biesiadowania w towarzystwie i zabawy w gronie przyjaciół. Nie może tylko istnieć bez sensownego zajęcia. Toteż tak długo będzie błąkał się po domu lub wiercił na krześle, aż ktoś zachęci Go do recytacji. Wtedy goście natychmiast zamieniają się w widownię. Tak więc, wszystko dla Siemiona zaczyna się i kończy na teatrze, recytacji i pracy – ...bo ja jestem z ziemi.

Od początku kariery Wojciech Siemion należy do nielicznej grupy aktorów osiągających szczyt mistrzostwa w rzadkiej dziś sztuce recytacji. Recytując wiersze Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego zawsze przeżywa coś nadzwyczajnego. Na przykład w 1998 roku w Vancouver zachwycił publiczność polonijną, a miejscowa gazeta pisała: to specjalista od mówienia poezji. Specjalista od bycia poezją. Bo gdy On ją mówi, to nie istnieją – On i poezja. On jest poezją. On i poezja to jedno. Nieczęsto mamy okazję słuchać naszej mowy ojczystej w tak nieskazitelnym i szlachetnym wydaniu, bo nieczęsto zdarza się nam gościć w Vancouver artystów tej miary, co Wojciech Siemion. Spotkanie z mistrzem było i piękne i ważne. A nawet bardzo ważne, gdyż pamiętajmy, że "na początku było słowo".

Wracając z Kanady do Gdyni polskim flagowym statkiem "Stefan Batory" Siemion zagrał wieczór poetycki dla załogi. O dwunastej w nocy, gdy przestawiono zegary na godzinę drugą i pasażerowie położyli się spać, spotkał się z marynarzami w wielkiej mesie. Recytował między innymi Zaczarowaną dorożkę – zresztą na przestrzeni lat mówił ten poemacik setki razy --ale tam, na środku Atlantyku, zabrzmiał on tak, jakby poeta napisał go specjalnie dla marynarzy. Gdy doszedł do fragmentu: "marynarz łajdak zdradził dziewczynę, myślał na morze sobie popłynę" ... wybuchł taki śmiech, zgiełk, hałas, oklaski, że chyba pobudzili się wszyscy pasażerowie.

On pierwszy w "Wieży malowanej" (1959), stworzył spektakl teatralny z tekstów poetyckich i pięciu słomianych kukieł: tak, to była w mojej karierze jedna z ciekawszych przygód z poezją ludową, w świetnej oprawie scenograficznej Adama Kilana – pięć lalek i ja wśród nich, "ogrywający" je żywym słowem o ziemi i miłości do niej.

Nigdy nie stracił kontaktów z publicznością spoza większych miast. Z satysfakcją zaprasza do Petrykoz kapele ludowe i kabaret "Rzep" z rodzinnego Krzczonowa z wieloletnią tradycją satyrycznych interwencji, którego hasłem jest "Niech co się chce dzieje, krzczonowiak się śmieje". Sam zresztą w 1946 roku zaczynał w "Rzepie". Na pytanie: "co sądzisz o współczesnym wiejskim kabarecie" odpowiada – myślę, w oparciu o własne obserwacje, że zanika w nim tzw. "temat wiejski". Młodzi ludzie noszą się i mówią "z wiejska", ale coraz częściej podejmują np. temat aborcji, stosunków państwo – kościół, sejmu, konstytucji itp. Słowem wykraczają poza obserwacje środowiskowe, opłotki, choć sprawy polskie widzą na ich tle.

(c.d.n.)