Pismo Związku Polaków na Łotwie

"Ir Latgale mūsu..."

Swego czasu zapytałem młodych Polaków co myślą gdy słyszą słowo "Łotwa". Odpowiedź najczęściej brzmiała: "nie wiem" lub "nic". Czasem był to "mały, biedny, nadbałtycki kraj"... i tyle. Ja jednak słysząc słowo "Łotwa" myślę o gościnności ludu mieszkającego nad Dźwiną, oczy me widzą porośnięte mchem i porostami dęby a w głowie słychać pieśń... "Daugav` abas malas / Mūžām nesadalās: / Ir Kurzeme, ir Vidzeme, / Ir Latgale mūsu."*

Koncert w szkole polskiej w Dyneburgu

Mimo iż jestem Polakiem i urodziłem się 1000 kilometrów stąd – na Górnym Śląsku, to czuję, że Łotwa "ir mūsu" ("jest nasza"). Słysząc to słowo czuję swojskość. Ów "mūsu" nie ma nic wspólnego z chęcią rewizji granic. Nic z tych rzeczy! Oczywiście, tutejsza polskość (Kircholm, Platerowie, Dyneburg) jest ważna, jednak nie bardziej niż osobiste doświadczenia czy wspomnienia. Zawsze gdy przekraczam granicę z Łotwą (choć ponoć już nie ma granic) czuję, coś niepojętego. Serce mówi: "jesteś w domu". Nie inaczej było pod koniec grudnia, gdy na zaproszenie Związku Młodych Polaków na Łotwie znów przekraczałem granicę.

Pierwszy raz przyjechałem na Łotwę 10 lipca 2006 roku... i prędko nie wyjechałem. Przez 10 miesięcy pracowałem jako wolontariusz z dziećmi i młodzieżą w wiosce Sece (w ramach europejskiego programu EVS). W maju 2007 wróciłem do Polski. Zamieszkałem w Tarnowie. Rok później założyłem z grupą znajomych Towarzystwo Michała Archanioła. Zostałem pierwszym komendantem, a Łotwa stała się priorytetem w "polityce zagranicznej" TMA. Cudzysłów jest nieprzypadkowy, bo Towarzystwo w gruncie rzeczy nie zajmuje się polityką lecz kulturą.

TMA w Rydze

Pierwsza wyprawa Towarzystwa Michała Archanioła na Łotwę miała miejsce w sierpniu ubiegłego roku. Owocem tej wyprawy był kontakt z Krystyną Morżewską – prezesem ZMPŁ. Pamiętam dobrze nasze spotkanie w Rydze – wiele pomysłów, refleksji, spostrzeżeń i nadzieja na wspólne działania. Potem, jak często bywa, nastała cisza. Zazwyczaj trwa ona już po wsze czasy, jednak nie tym razem! Gdy więc na początku grudnia dostaliśmy propozycję zagrania koncertu w Dyneburgu, przyjęliśmy ją z nieskrywanym entuzjazmem.

Jednym z przejawów aktywności TMA jest badanie starych pieśni. W dziewiętnastowiecznych śpiewnikach pełno jest pięknych, zapomnianych ballad, dumek, dain ... My to wyciągamy na światło dzienne, wertujemy, aranżujemy. Czerpiemy z tradycji, bierzemy to co najlepsze – i wołamy: "patrzcie, ludzie, jakie cuda tworzyli nasi ojcowie!"

Jednak nim znaleźliśmy się w Dyneburgu i nim zaśpiewaliśmy te pieśni, to musieliśmy przebyć grubo ponad 1000 kilometrów. Już po powrocie z Łotwy mój znajomy (niezmordowany podróżnik) poprosił mnie o określenie dokładnej trasy jaką przebyliśmy. Usiadłem, pomyślałem i zacząłem odtwarzać naszą drogę. Wyglądała ona tak: Tarnów (26 XII rano) – Warszawa (26 XII wieczór) – Ryga (27 XII rano) – Dyneburg (27 XII popołudnie) – Liksna (28 XII rano) – Swięta (28 XII południe) – Krasław (28 XII popołudnie) – Dyneburg (28 XII wieczór) – Aizkraukle (29 XII rano) – Sece (29 XII południe) – Aizkraukle (30 XII rano) – Ryga (30 XII południe) – Wilno (31 XII rano) – Warszawa (1 I wieczór) – Tarnów (2 I rano).

Z dziećmi w Sece

Koncert zagraliśmy 27 grudnia (wieczorem). Jak zwykle zostaliśmy urzeczeni gościnnością. Oczywiście, nie zdziwiło mnie to zbytnio. Zresztą nie był to koniec miłych akcentów. Dzień następny spędziliśmy w drodze – szlakiem Platerów – Līksna, Svente, Krāslava. Jeździliśmy, oglądaliśmy a nad wszystkim unosił się komentarz naszej przewodniczki Ani Trubowicz. Oczywiście, po drodze pojawiło się wiele refleksji i pomysłów. Niestety większość z nich zależy bardziej od naszego rządu aniżeli od nas samych. No bo przecież nikt z nas nie odrestauruje pałacu w Krasławiu, ani nie wesprze znacznie polskich szkół. Ta druga kwestia wydaje mi się priorytetowa. Wychodzę bowiem z założenia, że od edukacji zależy przyszłość Polaków – nie tylko tych na Łotwie, ale również w innych krajach (zwłaszcza byłego ZSRR). Polskie szkoły nie tylko powinny BYĆ, ale powinny reprezentować bardzo wysoki poziom nauczania. I aż niedobrze się robi, gdy dochodzą głosy, że jakaś polska szkoła ma zostać zamknięta.

Moi towarzysze – Krzysiek Kołtunowicz (student stosunków międzynarodowych) i Rafał Halski (polonista) – nie żałowali, że wybrali się ze mną w tą daleką podróż. Na początku (w Dyneburgu) czuli się jak u siebie w domu – przecież każdy mówił po polsku. Jednak gdy wyjechaliśmy do Sece (Aizkraukles Rajons), poczuli się nieco nieswojo. Po łotewsku potrafili wszak 5 wyuczonych zdań: "Es esmu – Jestem ... (tutaj imię)"; "Es esmu no Polijas – Jestem z Polski"; "Es nerunāju latviski – Nie mówię po łotewsku"; "Man patīk Latvija – Podoba mi się Łotwa"; "Es esmu foršs – Fajny jestem". Zwykle wywoływało to uśmiech, raz tylko pracownik stacji paliw zapytał Krzyśka z niedowierzaniem: "Tu esi foršs?!". Prawdziwa próba jednak miała nadejść – dzieci z Sece. Na noc zatrzymaliśmy się u babci (Līvija), u której mieszkałem 10 miesięcy. Jej dwaj wnukowie – Ēriks i Mārtiņš ZAWSZE mają w sobie niespożyte pokłady energii. Jakże dziwnie wyglądała rozmowa Rafała z Erykiem. Każdy w swoim języku. Taka specyfika tych "chłopców secejskich" – nic a nic nie zrażają ich polskie słowa "nic nie rozumiem, daj mi spokój" i z uporem próbują przekazać to, co akurat uważają za istotne (co ciekawe dla moich kompanów, najczęściej było to zupełnie nieistotne). Cóż, może to i dobrze. Dzięki temu Krzysiek i Rafał mogli nasłuchać się łotewskiego. Przyda im się, bo, jak już wspomniałem, Łotwa jest priorytetem w "polityce zagranicznej" TMA.

O naszej wyprawie można by dużo pisać (zarówno po polsku jak i po łotewsku) jednak zarówno artykuły jak i wyprawy mają swój kres. Cóż, to był mój trzeci powrót na Łotwę. I jak zwykle przywiozłem ze sobą do Polski ciemny chleb, cukierki Laimy oraz cały wór dobrych wspomnień. W sercu zaś wciąż brzmi "...ir Latgale mūsu"!

Dawid Hallmann

* Jak Dźwiny oba brzegi, od wieków są złączone, tak naszą jest Kurlandia, Liwlandia, Łatgalia.

(RL)