Pismo Związku Polaków na Łotwie

ŁOTWA WIDZIANA Z POLSKI

Robert Daniłowicz

Tartak pełen znakomitości

Pomnik radzieckich partyzantów, muzeum Kulniewa i data narodzin ruskiego książątka wyznaczają dziś kierunek pamięci historycznej lucynian.

Kościół w Lucynie

Na środku rynku w Lucynie stoi betonowy sześcian zdobny pięcioramiennymi gwiazdami. Upamiętnia radzieckich partyzantów poległych podczas drugiej wojny światowej. To właściwie jedyny pomnik w mieście, które szczyci się najstarszym na Łotwie rodowodem, wydało wielu sławnych ludzi i było miejscem historycznych wydarzeń. Ich świadkiem jest wiszący nad miastem strzęp najpotężniejszego ongiś w Inflantach zamku. Twierdza założona została w 1399 r. przez mistrza Wannewara de Bruggennoie jako punkt wyjścia do dalszych podbojów.

Gotard Kettler, ostatni wielki mistrz inflanckich Krzyżaków, świadom, że jego kraj jest zbyt słaby, by przeciwstawić się Moskwie, złożył hołd przed Zygmuntem Augustem. Na mocy układu z 1561 r. Wielkie Księstwo Litewskie udzieliło Kettlerowi pomocy zbrojnej, biorąc w zastaw szereg grodów, w tym także Lucyn. Obszar ten wszedł potem w skład Rzeczypospolitej jako tak zwane Inflanty Polskie. Po pierwszym rozbiorze ziemie te przypadły Rosji, a w 1920 r. weszły w skład Łotwy.

Lucyn był zawsze dziurą. Jego prowincjonalność pobudzała Gustawa Manteuffla do swoiście poetyckich metafor. Pisał w broszurze "Lucyn w Inflantach", że trudno by się w ogóle zorientować, że to miasto, gdyby nie "paru obdartych Żydów i zaczerwienionych trunkiem żołnierzy". W innym miejscu stwierdza, że osada przypomina średniej wielkości tartak.

Aż trudno uwierzyć, że ten zapadły kąt wyda wielu ciekawych ludzi. Urodził się tu Karol Bohdanowicz, jeden z najwybitniejszych badaczy Azji, pionier ochrony zasobów naturalnych ziemi, w swoim czasie największy znawca bogactw mineralnych Rosji, Aleksander Żyrkiewicz, prawnik, filantrop i kolekcjoner, którego donacje wzbogaciły wiele światowych zbiorów, w tym Bibliotekę Jagiellońską, do tego literat, przyjaciel Orzeszkowej i Tołstoja oraz Leonid Bobyczin, zwany rosyjskim Joycem, autor "Miasta En", którego akcja rozgrywa się w Dyneburgu, dawnej stolicy Inflant Polskich. W XVIII wieku Lucyn był ważnym ośrodkiem studiów talmudycznych. Nazywano je Jerozolima Łotwy.

Dzisiejszych lucynian mało to obchodzi. Znają tylko generał Jakuba Kulniewa. Ma on ulicę swojego imienia, a w jego znakomicie utrzymanym domu rodzinnym mieści się muzeum z poświęconą mu bogatą ekspozycją. Kulniew był jednym z najpopularniejszych rosyjskich dowódców doby napoleońskiej. Romantyczny zawadiaka – Napoleon porównywał go swego ulubionego Lasalle’a – w marcu 1809 r. poprowadził swoich huzarów prosto na szwedzką stolicę. Zaskoczony Karol XIII poprosił o rozejm, który w rezultacie kosztował go Finlandię. Kulniew przeszedł do historii. Brawura nie zawsze jest jednak dobrym doradcą. Trzy lata po swym tryumfie generał wytracił ludzi pod Połockiem i sam zginął wyprowadzony w pole zręcznym manewrem kirasjerów Oudinota.

Przez kraj ludzi, zwierząt i cenzorów

Jednak prawdziwie międzynarodowa karierę zrobił inny lucynianin, urodzony w 1876 roku podróżnik, naukowiec i jeden z najpoczytniejszych pisarzy polskich na świecie – Antoni Ferdynand Ossendowski.

Pozostałości po zamku krzyżackim

W armii admirała Kołczaka jako jego doradca techniczny negocjował z przedstawicielami USA, Francji i Japonii kontrakty na eksploatację złóż minerałów. Po klęsce wielkorządcy Rosji przedarł się przez tajgę do Urgi (Ułan Bator). Eskapada ta, jedna z najbardziej pasjonujących i tajemniczych epizodów jego życia, stała się kanwą bestsellerowego "Przez kraj ludzi, zwierząt i bogów". Przyjmuje się, że Ossendowski był współautorem pomysłu, by wywołać w Mongolii antychińskie powstanie, przewrócić władzę Bogdo Gegena, zwierzchnika Kościoła lamajskiego, i rozpocząć stąd antybolszewicką irredentę. Miał tego dokonać ziomek z guberni inflanckiej, sotnik kozaków zabajkalskich, samozwańczy chan Roman baron Ungern von Sternberg. Plany te spaliły jednak na panewce.

W latach międzywojennych Ossendowski był chyba jedynym mieszkającym na stałe w Polsce literatem, którego nowości debiutowały na Zachodzie, nim ukazały się w kraju. W liczbie przekładów na języki obce wyprzedził go tylko Sienkiewicz.

"Lenin" Ossendowskiego, pamflet na wodza proletariatu i rewolucję bolszewicką, ukazał się w kilkunastu krajach i zdobył duży rozgłos. Komuniści nigdy nie wybaczyli tego Ossendowskiemu. W PRL nie tylko nie wznawiano jego książek, nawet tych dla dzieci, ale nakazano zniszczenie istniejących.

Ogromną rolę w ocaleniu pisarza od zapomnienia odegrała małpka Fiki Miki z historyjek obrazkowych Makuszyńskiego i Walentynowicza. Cenzor przeoczył, że w czasie jednej z peregrynacji z Murzynkiem Goga Goga odnalazła ona Ossendowskiego zakopanego po szyję w piasku. "Odkopali go czym prędzej, do murzyńskiej wiodą wioski, a tam krzyczą – Niech nam żyje pan profesor Ossendowski!". Do dziś stoi mi w oczach ilustracja, na której dwaj hebanowi krajowcy z entuzjazmem witają światowej sławy pisarza. Przez długie lata brałem Ossendowskiego za wytwór wyobraźni Makuszyńskiego. Nawiasem mówiąc, jedną z metod walczącej z nim sowieckiej propagandy było rozpuszczanie plotek, że Ossendowski to pseudonim któregoś z wielkich książąt czy skompromitowanego carskiego dygnitarza.

Jakież tedy było moje zdziwienie, gdy na początku lat 90. ubiegłego wieku u bukinisty nad Sekwaną wydobyłem wymiętoszony egzemplarz "Betes, Hommes et Dieux". Pozycja ta, wydana w jakimś gigantycznym nakładzie, w popularnej serii "J’ai lu", rzucona między zaczytane kryminały i tandetne pornosy, kosztowała zaledwie franka, mniej niż bilet na metro czy numer "Le Monde"! To niezbyt wytworne towarzystwo i mało ekskluzywna cena świadczyły jednak o kolosalnej poczytności. Jeden z francuskich krytyków napisał: "Jeżeli Ossendowski przeżył lub widział to wszystko, co opisuje, należy mu się nagroda wszystkich towarzystw geograficznych, jeżeli zaś utwory są dziełem wyobraźni, powinno mu się przyznać Nagrodę Nobla".

Rosyjski spadek

Łotysze mają z Lucynem spory problem historyczny. Można napisać niemieckie, polskie, rosyjskie i żydowskie dzieje tego miasta, ale łotewskie napisać trudno. W Polsce po wojnie można było, i nawet wypadało, powtarzać kłamstwo o "odwiecznie polskim" rodowodzie miast, które znalazły się w jej granicach w 1945 roku. W ten sposób ziemie zwane u nas odzyskanymi udało się propagandowo oswoić. Tutaj nie było to możliwe, bo podobna retoryka musiałaby być przede wszystkim antyrosyjska. W czasach sowieckich wymazywano bowiem ślady innych kultur. To dlatego Kulniew jest na ustach wszystkich, a Ossendowskiego nie zna nikt, to dlatego jest pomnik ku czci radzieckich partyzantów.

Lucyn nie narzeka na brak wody

Nie bez znaczenia jest oczywiście fakt, że Rosjanie stanowią tu ponad jedną trzecią mieszkańców, ale i dla samych Łotyszy ta historia jest bliższa, choćby dlatego, że najlepiej znana. To potencjalnie dość niebezpieczny dysonans. Jego symbolem jest betonowa plansza, która wita wjeżdżających do miasta. Widnieje na niej napis – Ludza 1177. Ludza to łotewska nazwa Lucyna, a 1177 to datarzekomej pierwszej o nim wzmianki w latopisie, gdzie zapisano, że książę Ruryk Rościsławowicz podróżował z Nowgorodu do Smoleńska, a podczas postoju w grodzie Łuczyn urodził mu się syn. Ruryk nadał gród synowi i postawił tu cerkiew. Według Karamzina Łuczyn to Lucyn, co leksykalnie brzmi dość pociągająco, choć geograficznie trochę nie po drodze. Tymczasem wersja Karamzina jest bezkrytycznie powtarzana w łotewskich publikacjach, poddana tylko nieznacznym retuszom. Szacowna data dodaje splendoru, ale przecież jednocześnie legitymizuje tezę, że miasto to "ruskij gorod!"

Pomnik radzieckich partyzantów, muzeum Kulniewa i data narodzin ruskiego książątka wyznaczają dziś kierunek pamięci historycznej lucynian. Triada faktów układa się w jasny przekaz – byliśmy na tej ziemi pierwsi, daliśmy jej prawdziwego bohatera i przelaliśmy krew, by uwolnić ją od faszystów, mamy więc do niej pewne prawa!

Ciekawe, że przeświadczenia tego nie kwestionują również Polacy. Niemal wszystkie nasze publikacje podają, że Ossendowski urodził się w Lucynie, w guberni witebskiej, w Rosji. O Łotwie, Inflantach ani słowa. A polski Lucyn to także okoliczne dwory i pałace, spolonizowane rody bałtyckich Niemców, jak Manteufflowie i Romerowie i Roppowie, ale i Rosjan, jak brat Kulniewa, który przeszedł na katolicyzm, został księdzem i głosił kazania po polsku, a także Łotyszy, jak urodzony tu, sławny czerwony komandir z czasów wojny domowej Jan Strod, który uważał się za Polaka (po babce), co przypłacił życiem podczas wielkiej czystki. Kto dziś o tym pamięta?

Dziś jedynym śladem polskiej obecności jest zdewastowany fragment cmentarza katolickiego. Przed wiekiem w powiecie Lucyńskim mieszkało ponad dwa tysiące Polaków. W 2002 r. było ich 384, a według danych z ubiegłego roku już tylko 322. W ciągu pięciu lat liczba naszych rodaków zmniejszyła się o ponad 16 proc. Taka dynamika dobrze rokuje już tylko kwaterze polskiej na cmentarzu. Ale to nie tylko kwestia wymierania. Żeby kultywować tradycje, potrzebne jest choć minimalne wsparcie z macierzy, choćby właśnie w dziele zachowania pamięci. Tymczasem do konsulatu w Rydze daleko, do Warszawy jeszcze dalej, a najdalej do naszych serc i umysłów. Kto zatem ma pamiętać o Polakach w Lucynie? Chyba tylko jeden Bóg, a ściślej Matka Boska, przynajmniej do niedawna.

Dokund idziesz?

Jednak prawdziwie nad Lucynem góruje rokokowa, rozfalowana fasada kościoła. Wiedzie doń wąska uliczka od rynku. Pnąc się po nierównym bruku, mija się drewnianą kaplicę grobową Karnickich, przed którą stoi figura Maryi. Pewnego sobotniego popołudnia 1929 roku przechodziła tędy Anna Toczyłowska. Niosła dla znajomej żelazko z duszą. Na swej drodze spotkała nieznajomą, ubraną na biało i niebiesko. Między kobietami doszło do krótkiego dialogu. Został on zapisany w aktach komisji kościelnej, a brzmiał tak:

– Dokund idziesz? – spytała nieznajoma

– Do kuliżanki – odpowiedziała Toczyłowska

– Co tam niesiesz?

– Niosę pras (żelazko).

Zaniepokojona Toczyłowska wróciła do domu i klęknęła przed obrazem

Ostrobramskiej. Gdy podniosła nań oczy, zrozumiała, kogo spotkała. Po kilku latach stanęła tu figura dłuta Leona Tomaszyckiego, znanego już wówczas rzeźbiarza. W 1994 roku u jej stóp kazał się pochować sam artysta, urodzony jako Polak, zmarły jako Łotysz.

Od tego czasu Maryja nie ukazywała się już w Lucynie, przynajmniej oficjalnie... a może po prostu nikt nie rozumie, gdy pyta: "Dokund idziesz?"

Rzeczpospolita, 23.02.2008.