Pismo Związku Polaków na Łotwie

Przygody spod znaku CONRADA

Joseph Conrad

Józefa Conrada przygoda z morzem zaczęła się w 1874 r. od podróży, którą jako 17-letni chłopak odbył na barku "Mont Blanc" z Marsylii na Martynikę w charakterze pasażera. Zanim jednak przejdziemy do dalszego ciągu morskiej opowieści, trzeba koniecznie cofnąć się na chwilę do początku biografii jej niezwykłego człowieka.

Jedyny syn pisarza i działacze niepodległościowego Apolla Korzeniowskiego i Eweliny z Bobrowskich urodzony 3 grudnia 1857 r. w Berdyczowie na Ukrainie, otrzymał imiona Teodor Józef Konrad. To ostatnie, nadane na cześć bohatera Mickiewiczowskich "Dziadów", stało się w przyszłości pseudonimem literackim znakomitego twórcy "Lorda Jima", "Tajfunu", "Ocalenia" i wielu innych powieści i opowiadań pisanych w języku angielskim. Konrad ma zaledwie cztery lata, gdy wraz z rodzicami skazanymi na zesłanie w głąb Rosji, jedzie do dalekiej Wołogdy.

Na zesłaniu umiera matka, a w kilka lat później, już po powrocie do kraju – ojciec. Osieroconym 12-letnim chłopcem opiekują się serdecznie – babka Teofila i wuj Tadeusz Bobrowscy. Jest tak chorowity, że o regularnej nauce mowy nie ma: ze szkoły w Krakowie jedzie na leczenie do Krynicy i Szwajcarii, potem krótko uczy się na pensji lwowskiej i znów spotykamy go w Krakowie. Miejsca pobytu i systemy edukacji zmieniają się jak w kalejdoskopie, lecz nie zmienia się, przeciwnie – rośnie i utrwala tęsknota za poznaniem świata, za wielką przygodą.

Marzyciel? – Być może, ale właśnie z gatunku tych, co to "powodowani śmiałością ducha", gotowi są pokonywać wszystkie przeszkody dzielące od "romantyczności świata". I los mu sprzyja! Wuj – opiekun nie tylko ułatwia wyjazd do Marsylii, lecz – co ważniejsze – zapewnia podstawy bytu, wypłacając coroczną zapomogę, aż do czasu usamodzielnienia się.

Pierwszy krok zrobiony, dalej wypadki toczą się szybko i zmienną koleją. Korzeniowski wstępuje do marynarki francuskiej, zaczynając służbę od najniższych funkcji – na Haiti płynie jako praktykant, do Kolumbii jako steward, a zdarzyło mu się nawet zaplątać w przemyt broni do Hiszpanii. Przeżywa też wówczas pierwszą wielką miłość, która usidliła przyszłego morskiego wilka.

Między marzeniem a rzeczywistością leżała droga trudnych doświadczeń, których nikt ominąć nie może. W 1878 r. Conrad zaciąga jako marynarz na parowiec angielski i w następnych latach, pełniąc służbę na wielkich i małych statkach, zdaje kolejno egzaminy – na drugiego, potem na pierwszego oficera, wreszcie na kapitana brytyjskiej marynarki handlowej. W tej randze dowodzi statkiem "Otago" w rejsie do Australii, odbywa trudną wyprawę do Konga naznaczoną ciężką chorobą na febrę, po której nigdy w pełni nie wrócił do zdrowia, wypływa kilkakrotnie na różne trasy i wreszcie – w 1894 roku rozstaje się na zawsze z morzem.

Wielka przygoda na wodnych szlakach trwała 20 lat! Opłynął cały świat w rejsach wiodących do Australii, Indii, Syjamu, na wyspy Archipelagu Malajskiego, poznał wielkie morza i egzotyczne lądy, przyjrzał się egzystencji ich "kolorowych" mieszkańców, wielokrotnie zmagał się z grozą żywiołów, był świadkiem słabości człowieka wobec sił natury i coraz głębiej przyswajał sobie mądrość zawodowego kodeksu marynarskiego, u którego podstaw leżą zasady :proste jak góry": wierność, honor, solidarność, przyjaźń. Z takim kapitałem rozpoczął nowy rozdział życia.

Zbliżający się czterdziestki kapitan brytyjskiej marynarki zadebiutował powieścią "Szaleństwo Almeyera" i – o dziwo – z miejsca udało mu się "podbić krytyków i czytelników, zadziwić jednych i drugich sugestywną mocą angielskiej prozy i prawdą, jaka biła z tych kart zwiastujących narodziny wielkiego pisarza".

W czym tkwiła tajemnica sukcesu, tym większego, że przypadł w dobie rozkwitu takich znakomitych angielskich pisarzy, jak autor "Sagi rodu Forsytów" John Galsworthy, sławny Bernard Shaw, mistrz powieści fantastyczno-naukowej H.G.Wells?

Kanwą utworów powieściowych Conrada są jego wędrówki po wodnych bezmiarach, egzotyka przyrody, sprawy ludzi, z którymi się stykał na morzu i na lądzie, słowem – doświadczenia i obserwacje z morskich wędrówek, uchwycone myślą i okiem obserwatora wnikliwego i wrażliwego. A więc – piewca mórz? Nie, to określenie, używane zresztą niekiedy, niczego nie wyjaśnia. Dla Conrada barwy niezwykłych krajobrazów, wielokroć podziwiane i zapamiętane, są tłem dla sprawy mniej barwnej, lecz stokroć ważniejszej – dla ludzkich dramatów.

Sięgnijmy do jego książek po parę przykładów: w "Lordzie Jimie", powieści najbardziej chyba znanej i popularnej, dramat bohatera zaczyna się w trwającym ułamek sekundy momencie wahania, który kończy się ucieczką z tonącego statku. Statek cudem ocalał, ale Jim został z piętnem tchórzostwa, które będzie się za nim wlec przez całe życie. W "Ocaleniu", którego akcja rozgrywa się u wybrzeży jednej z małych wysepek Archipelagu Malajskiego, dowódca brygu "Błyskawica" kapitan Lingard, dla osobistego szczęścia zapomina na krótko o podjętych zobowiązaniach. Za tę chwilę zapomnienia inni płacą życiem, a Lingard przeświadczeniem o popełnieniu zdrady.

Zmieniają się osoby,, krajobrazy, sytuacje, nienaruszony pozostaje temat główny, któremu na imię – odpowiedzialność człowieka. Życie – głosi Conrad w swych utworach – nie jest ani słodkie ani dobre. Jest zdradliwe, zastawia na człowieka pułapki, podsuwa mu szanse łatwego zdobycia szczęścia, stabilizacji czy sukcesu za cenę giętkości sumienia, przymknięcia oka na zasady humoru, lojalności czy poczucia obowiązku. Nic za darmo, ale – zawsze do wyboru.

Co wybrać? – Jest to pytanie dla bohaterów Conrada tak klasyczne, jak słynne hamletowskie "Być albo nie być" u Szekspira. Lecz Conrad nie pozostawia otwartego znaku zapytania. Jego odpowiedź, oparta na zasadach kodeksu marynarskiego, rozszerzonego do granic kodeksu ogólnoludzkiego, nie budzi wątpliwości: człowiekowi, który pragnie zachować prawdziwe człowieczeństwo, nie wolno ani na jotę odstąpić od niezłomnych zasad honoru, a choć świata nie zmieni na doskonały, może go uczynić lepszym i przejść przez życie z godnością.

We współczesnej literaturze podobną postawę zajmuje francuski pisarz-pilot Antoine de Saint-Exupery, autor "Nocnego lotu" i "Pilota wojennego", i nie tylko on jeden. Rzadko kiedy jednak, tak jak u Conrada, w całym dorobku twórczym ta sama idea wiąże wszystkie utwory wspólną nicią, prowadzoną tak konsekwentnie, że staje się ona jej godłem rozpoznawczym. Treść słowa "conradyzm" odczytujemy jako obowiązek stawiania czoła przeciwieństwom i odważnego brania odpowiedzialności za los innych.

Z kulturą i językiem angielskim zetknął się Korzeniowski jako dorosły człowiek. Znał trzy języki, ale swe utwory pisał wyłącznie po angielsku. Po polsku do końca życia mówił świetnie, a po angielsku niedobrze, z tak złym akcentem, że przyjaciele nie zawsze go rozumieli. Polskę odwiedzał rzadko, ale po wycieczce do Krakowa odbytej w 1914 roku zanotował:

"Kraków – to miasto, gdzie spędziłem z ojcem ostatnie osiem miesięcy jego życia, tam, w tym samym starym królewskim i akademickim grodzie, przestałem być dzieckiem i przedzierzgnąłem się w młodzieńca, zawarłem przyjazne związki, powziąłem pierwsze uwielbienia, myśli i oburzenia tego wieku. Wśród tych historycznych murów (...) przedsięwziąłem gwałtowne zerwanie, rzucając się w byt zgoła niezależny".

Przyjaźnił się z najwybitniejszymi pisarzami angielskimi, ale gdy Stefan Żeromski napisał przedmowę do zbiorowego wydania jego dzieł po polsku, wzruszony "zaszczytnym świadectwem od Ojczyzny, przemawiającej głosem największego mistrza jej literatury", dziękował mu w liście za "sympatyczne ocenienie, które odkryło rodaka w autorze".

W jego utworach nie znajdujemy polskich nazwisk, krajobrazów, miejscowości, ale badacze twórczości twierdzą zgodnie, iż w licznych motywach, cechach, nawet zdaniach, odzywają się echa polskiego romantyzmu.

Kim więc był? Za kogo sam się uważał – za Polaka czy za Anglika? Na to pytanie Conrad nie dał wyraźnej odpowiedzi. Ale wydaje się, że bardzo bliskie prawdy są słowa, które ambasador brytyjski w Polsce powiedział podczas obchodzonego w 1957 roku stulecia urodzin pisarza:

"Conrad miał trzy miłości: Polskę – kraj, w którym się urodził, Anglię – kraj, który wybrał, i – morze... Rycerski i wspaniałomyślny wobec przyjaciół i wrogów, oddany tym, których kochał, odznaczający się oschłym, lecz nader błyskotliwym dowcipem; śmiały romantyk. To były i są typowo polskie cechy. Przenikały jego twórczość i musiały wywołać podziw w kraju, który tak wysoko ceni te właśnie cechy – w Wielkiej Brytanii".

(...) Od śmierci Josepha Conrada wielu znakomitych pisarzy "przeżyło się", czyli mówiąc po prosu – dzisiejszy czytelnik nie znajduje z nimi wspólnego języka, a do książek Conrada wraca pokolenie po pokoleniu. Na przykład w latach hitlerowskiej okupacji młode pokolenie uczestniczące w konspiracji odkryło na nowo "Lorda Jima". I nic w tym dziwnego, bo właśnie wówczas każda chwila wahania i słabości – jak u Jima – mogła pociągnąć za sobą nieobliczalne konsekwencje.

Lecz po Conrada sięga się nie tylko w chwilach wyjątkowych. Czyta się go na co dzień, choć nie ma w tych książkach gotowych przepisów, programów i recept na życie. Są natomiast ostro stawiane pytania i jasno pokazane skutki decyzji i działań prowadzonych zgodnie z sumieniem i rozumem albo wbrew nim. A to daje do myślenia. Każdy z nas, w każdej chwili, wcale się tego nie spodziewając, może – na miarę swoich poczynań – znaleźć się w sytuacji jednego z conradowskich bohaterów. Jak wtedy postąpi?

Anna Bańkowska
("Płomyk", 1974, nr 12)